Szukaj na tym blogu

Ładowanie...

wtorek, 22 marca 2016

Wtorek, 19 stycznia

Dzień wolny. Ostatni przed wyjazdem z Kigera Etuma.
Znajmy pickup podjechał na zielony trawnik na przeciwko Makoko Swahili School, gdzie stacjonujemy do jutra. Ojciec Edward eskortuje nas do portu, z którego wystartujemy na obiecaną i zorganizowaną przez Siostrę Rut wycieczkę na wyspę. Znajdziemy ją na Jeziorze Viktorii.



Niezbyt przyjemny zapach suszonych ryb wbijał się niemiłosiernie w nos, kiedy po drabinie gramoliłem się niezdarnie na zaparkowaną przodem do brzegu drewnianą ok. 8 m długości płaskodenną łódkę transportową z niewielkim daszkiem i siedzeniami w postaci poprzecznie ułożonych desek. Pochmurna pogoda, wysokie na 1-1,5m fale i wiatr od zachodu bardziej niż zwykle obciążały pracą silnik Yamaha służący jednocześnie, jako ster. Prawdę mówiąc naprzemienne obciążenie i odciążenie odczuwał również mój na szczęście pusty już żołądek, kiedy rzucało łódką na falach, powodując okropne odczucie nudności.







Jezioro jest przepiękne w swojej okazałości z licznymi wysepkami, wyglądającymi jak sterty wielkich kamieni, gładkich przypominających rzeczne otaczaki.






Postrzępiona linia brzegowa obfituje w malownicze zatoczki, o krótkich kilkumetrowych piaszczystych plażach i drzewach wyrastających prawie z wody. Ten sielankowy obrazek psuje wiadomość o zawartości wód ok. 200x200km wielkości jeziora, w postaci parazyta, który dostaje się przez skórę i umiejscawia się w jednej z nóg powodując chorobę kończącą się w najlepszym wypadku amputacją. To skutecznie zniechęca wszystkich turystów do wchodzenia mokrą stopą na jakąkolwiek łódkę, a jednocześnie nie przeszkadza tutejszym rybakom, pomagającym przerzucić paczki na łódkę.

Mdłości kończą się wraz z pojawieniem się na horyzoncie docelowej wyspy, która wita nas szeroką plażą i znajomym zapachem suszonych na wielkich płachtach rozłożonych wszędzie na około rybek wielkości ok 5cm. Ten susz jedzą tu wszyscy od ludzi po zwięrzęta hodowlane. Małe, niskie chatki rybackie poustawiane wokół wspomnianych płacht są zbudowane z czego się dało i przykryte od góry starymi sieciami, workami, etc.




Spotykamy tu na miejscu znajomego księdza Edwarda, który odbiera nas z portu i wędrując wąskim pasmem lądu, na którym nie ma rozłożonych sieci i suszonych rybek, docieramy do jego sklepiku i budowanego przez niego hotelu. Hotel oznacza obecnie kilka wiat z trzciny i klepisko, ale z drugiej strony widzimy w budowie betonowo/ceglane ściany i od strony plaży małe boksy 2x2m, z miejscem na okno i drzwi, gdzie w przyszłości będą dwa lub trzy jednoosobowe piętrowe łóżka i miejsce na bagaż, a łazienka wspólna z drugiej strony budynku.







Gospodarz częstuje nas piciem, pozwala na fotografowanie okolicy i przekazuje na pamiątkę małe kolorowe portrety Prezydenta Magufili, a następnie towarzyszy nam w trekkingu po wyspie.







Mimo, że jesteśmy tu od wielu dni - zaskakuje nas poziom biedy i desperacji. Domy ulepione są ze śmieci i resztek sieci, a między tym krążą dzieci. Najczęściej głodne z tego co twierdzi nasz przewodnik. 





Zwiedzamy okolicę, przebijamy się przez busz do będącego jeszcze w budowie ośrodka katolickiego z kościołem, budynkami gospodarczymi i mieszkalnymi po drugiej stronie wyspy. Tam sytuacja wydaje się być trochę lepsza, nie tylko ze względu na jedyny na wyspie kościół, dom parafialny, ale także domu mieszkańców. Bardziej przypominają te do których przywykliśmy, niż domy osób utrzymujących się z rybołówstwa.













Po drodze napotykamy małpy, żółwie i inne zwierzęta oraz zaciekawione spojrzenia mieszkańców. Zdjęcia i aparaty są tu jednak bardzo niemile widziane. staramy się być bardzo ostrożni lub pytać o zgodę.








Rozmawiamy chwilę z lokalnymi mieszkańcami, dzięki tłumaczeniu Sióstr Celestyny i Rut. Gospodarz pokazuje nam swój dom, w którym się wychował, niczym się on nie wyróżnia w tej okolicy, ot taka lepianka z gliny z zardzewiałym dachem, jakich tu pełno, i tak lepsza niż rybacka. Pisząc to uświadamiam sobie, ze po prawie dwóch tygodniach obcowania z tą częścią Afryki równikowej powoli i niepostrzeżenie zaczynam się przyzwyczajać do widoków, architektury, niektórych zwyczajów. Zaczynam jeść co mi dają, bez obaw jeździć tymi samymi środkami komunikacji, co zwykli mieszkańcy czarnego lądu. Dostosowuję swoje oczekiwania lokalowe do możliwości,  jakie tu są. Przeliczam ceny wg szylingów zapominając o kursie do złotówki czy dolara. 
Ryby smażone i gotowane złowione wczoraj smakują nam wyśmienicie, popite gazowanymi napojami znanych marek, czy delikatnym w smaku piwem Serengeti. 

Do posiłku zapraszamy rownież dwoje spotkanych przypadkiem po drodze dzieci - choć jak się okazuje znane są Siostrze i Agnieszce bardzo dobrze.
W pewnym momencie, mijając jedną z rozłożonych sieci i nietypowy widok jakim są solary, słyszymy nieśmiałe wołanie - sister Ruthie! Siostra rozgląda się i w pierwszej chwili nie poznaje (jak się później okazało, z powodu wychudzenia) i dopiero po chwili na jej twarz wypływa uśmiech. Połączony z najwyższą troską.





Rodzeństwo Adam 6 lat i Eva 10 lat, które mieszkały w Ośrodku Siostry Rut, po tym jak matka będąc już wysoko w ciąży przyjechała po nie twierdząc, że ponownie będą szczęśliwą rodziną. Aktualnie skończyły się wakacje, dzieci powinny wrócić do szkoły już ponad tydzień temu, ale matce jednak jest wygodniej kiedy starsza Eva gotuje całej rodzinie, a młodszy Adam przynosi codziennie wodę. Dzieci spotkane na plaży, plączące się bez celu i sensu, zauważalnie szczuplejsze, bez uśmiechu, radości i energii znanego pobytu w szkole.  Suzi zabiera je do matki, by zapytać o to czy wrócą z nami do Kigera. Mija kilkanaści eminut, docieramy na planowany tego dnia posiłek. Agnieszka skusiła się na "patat majaj", czyli tradycyjne frytki w jajku.


Wraca Suzi z dziećmi, co za zmiana!
Ubrany teraz w garniturek z białą koszulą i krawatem, na szybko umyty i doprowadzony do porządku Adam oraz podobnie wyszukiwana naprędce Eva w czystej sukience pdołączzają do nas i poczęstowane posiłkiem jedzą zachłannie, kolejną dokładkę ryb z ryżem, za  sztućców służą i własne dłonie. Palce wpychają jedzenie głęboko w krtań, pełne dłonie, szybko. Jakby z obawy, że ktoś zabierze, albo nie pozwoli dłużej jeść. W oczach Agnieszki, obserwującej bacznie zachowanie dzieci i całą scenę z odświętnymi ubraniami, widzę smutek i łzy.


Siostra Rut, wyjaśnia nam zamiary matki, która w ten sposób próbuje poprawić swój wizerunek, pomimo tego ze godzinę wcześniej dzieci brudne i głodne wałęsały się bez opieki po plaży, gdzie mały Adam podbiegł do Siostry Rut witając ją radośnie. Chwilę wcześniej nie mogliśmy go rozpoznać, o wiele chudszy, z wydętym brzuchem, smutny ze zwieszoną głową siedział obok śmierdzących suszących się w słońcu ryb, ręku trzymał kawałek starej sieci, ale się nie bawił. Te dwie następujące po sobie w godzinnym odstępie sceny po raz kolejny dają nam do myślenia. 

Świat afrykańskich dzieci, bez wsparcia może być okrutny. Łatwo w nim skończyć bez szkoły, perspektyw, bez przyszłości. Postawa rodziców, jak w tym przypadku jest decydująca. Wielu rodziców, poradziło sobie bez edukacji i jakoś żyją, wiec nie czują potrzeby rozwijania swoich dzieci. Są też przebłyski nadziei, jak w przypadku rodziny jednej pracownicy ośrodka Rut, która pomimo skromnych środków z uporem, odmawiając sobie wiele, edukuje swoje dzieci w szkołach z internatami, uniwersytetach. Oni mają przyszłość, dzięki tym wysiłkom, edukacji otrzymały szanse na realną poprawę swojego życia i swoich przyszły rodzin. Zdobywają konkretne zawody, a co za tym idzie szanse na prace w dobrych warunkach za odpowiednie pieniądze. Już dziś deklarują swoje wsparcie dla inicjatyw społecznych, bo są świadomi tego, jak cieżko jest się wybić w afrykańskich warunkach. 
Wspomniana matka, niezłomnie walcząca o przyszłość swoich dzieci, towarzyszy nam w tej wycieczce, opowiada o swoich przejściach dając świadectwo powiedzeniu, że dzieci to przyszłość świata. Gdyby nie pomysł Siostry Rut, żeby namówić ją na wspólny odpoczynek od szarej codzienności, pewnie nigdy by nie skorzystała z takiej możliwości. To dla niej dzień prawdziwie świąteczny, nigdy tu nie była, nie podróżowała, a dla nas to kolejne doświadczenie warte zapamiętania. 
Dociera do mnie, że pogoda się uspokoiła, czarne chmury wiszące nad horyzontem rozwiał pomyślny wiatr, słońce oświetlało nasze twarze. Najedzone dzieci wracają do matki, która po rozmowie z Siostrą zdecyduje o ich przyszłości, matka - nasza bohaterka - uśmiecha się leciutko, dyskretnie, kiedy pomagam jej wsiąść po krzywej drabinie na czekająca już łódkę. Nasz gospodarz odprowadza nas na plaże do portu, żegnając i zapraszając do swojego hotelu, który skończy, jak Bóg da, czyli jeszcze nie wie kiedy dokładnie. 

Spokojne dla odmiany jezioro Wiktorii, dudniący miarowo silnik zapakowanej po brzegi towarami i ludźmi łodzi, w zachodzącym słońcu otulają nasze zmysły. W pewnym momencie zauważam, że od spodu nabieramy lekko wody, a kiedy jej poziom przekracza 10cm gestem zgłaszam to operatorowi steru, który natychmiast wzywa kolegę z pojemnikiem i on do końca drogi wybiera wodę, a my docieramy bezpiecznie do portu w Musoma. 



Wita nas ponownie zapach suszonych ryb i uśmiechnięta twarz Ojca Edwarda czekającego na brzegu, by dowieźć nas z powrotem.
To był trudny dzień. I ostatecznie nie miał wiele wspólnego z turystyczną wycieczką.
Także dla Agnieszki.