Szukaj na tym blogu

niedziela, 31 stycznia 2016

poniedziałek, 11 stycznia, przejazd z Nakuru w Kenii do Musomy w Tanzanii

Głośne ujadanie psa budzi mnie na chwile przez budzikiem, 4:30, ciemno, ogarniamy mandżury i spotykamy się na dole w jadalni, gdzie miały na nas czekać termosy z wrzątkiem do zalania suchego śniadania z torebki. Drzwi domu zamykane są od wewnątrz na dwa spusty: górny dostępny z zewnątrz przez klapkę w drzwiach i dolny możliwy do otwarcia tylko z wewnątrz. Ta bariera zatrzymuje zarówno potencjalnego złodzieja jak i Reginę, którą wpuszczam do środka. Paczka owsianki i spiruliny, to żadne przysmaki, ale solidna porcja energii wystarczająca na długo. Kubek kończę już w aucie, który. Tym razem juz tylko we 3kę dojeżdżamy na pusty o tej porze dworzec. Afryka rządzi się swoimi prawami, czas płynie tu inaczej niż w PL, co udowadnia nam czas odjazdu 12 osobowego minivana z bagażnikiem, który z trudem mieści nasze dwa 50-60l plecaki i większy pakunki innego pasażera. Planowany start 5:30, widząc spóźnienie pytam po angielsku kierowcy co się dzieje, a on na to, że wystartujemy przed six. To takie pojęcie czasu, które należy rozumieć, że jak wsiądzie minimum 6 osób to jedziemy. Do 7mej zbiera się łącznie 13, licząc też dwójkę dzieci siedzących na kolanach karmiącej piersią matki i " w nogach" obok mnie w ostatnim rzędzie, tuż przed bagażnikiem. Jeszcze tylko obowiązkową osobista kontrola wojskowa na wylocie z dworca, tankowanie i 7:30 mijamy rogatki miasta, gdzie na rondzie umieszczona na postumencie rozbita czołowo toyota yaris straszy kierowców, wyprzedzających na 3ciego i więcej, co jest z reszta normą na zatłoczonych drogach Kenii.


Krajobraz się zmienia, pagórki Nakuru stopniowo przechodzą w zielone płaskie pałacie ziemi obsadzonej herbatą, plantacje jedna po drugiej, ładne malutkie domki dla pracownikow i droga, na której kwitnie handel w prowizorycznych sklepikach. 





Nagle pośrodku buszu busik się zatrzymuje i każą wszystkim wysiąść, nerwowo szukam w pobliżu policji lub wojska, pusto, pytam co dalej, pada krótkie: We will go to the bush now. Daje szybki znak Agnieszce, żeby nie w wysiadała. Pytam po co? We go pee. Uff.. Uśmiecham się i za chwile stoimy w rzędzie na brzegu drogi podlewając busz. 




Trasy w Kenii, którymi się poruszamy pomiędzy miastami są głównie asfaltowe, często dziurawe i co pare km maja potrójne spowalniacze i przejścia z pola na pole. To wymusza niemal zatrzymanie, wydłuża trasę zmniejszając średnia prędkość, utrudniając spanie, ale podobno zwiększają bezpieczeństwo. Spowalniacze często są zaznaczone kamieniami na poboczu co uniemożliwia skrót, ale jednocześnie ułatwia zauważenia go, bo znaków przed nim nie ma. 
W takich miejscach zbierają się również obnośni handlarze, sprzedających lokalne legiony i wodę raczej niepewnej jakości. 







Busik trzęsie niemiłosiernie, a każdy spowalniacz wybudza ze snu Agnieszkę, która usilnie próbuje spać przyjmując skomplikowane pozycje na standardowej wielkości fotelu.

Okoliczności przyrody są niesamowite, soczysta zieleń plantacji herbaty, małe domki pracowników, zatrzymane zostaną w moje pamięci, bowiem brudne od deszczu i pyłu okna oraz nieustający masaż wibracjami auta utrudniają zrobienie jakiegokolwiek sensownego zdjęcia. 

Wioski podobne do siebie, czasem dziecko w mundurku szkolnym podążające poboczem do szkoły oddalonej kilka km od domu, to znowu jakieś zwierzęta domowe wyjadające trawę z odkosa. Mostek i rzeka z brązową wodą, motocyklista bez kasku wyprzedzający na zakręcie. W busiku prawie nikt nie rozmawia, jest względna cisza, ale to pewnie dlatego, ze mam założone stopery w uszach. 

Po wyjechaniu pasmo górskie ponownie zmiana krajobrazu, pojawiają się wysokie drzewa i gęste zarośla. Widać wycinkę i przygotowanie pól pod uprawę herbaty...

Nie docieramy do końca - zostajemy łaskawie zostawieni przy komisariacie policji wmontowanym w wiatę na środku niczego i ok. 20 km od miasta. Informacja, że bud dojeżdża do centrum standardowo okazała się lekko naciągana. Całe szczęście odbiera nas s.Rut i ks.Edward - misjonarze, z którymi spędzimy najbliższy tydzień. To najdłuższy postój na trasie Tanzania - Kenia - Tanzania.



Wieczorową porą, po 4 zmianach busów, 5 przesiadkach - lądujemy w Language School Makoko, gdzie mamy nocleg przez kilka dni.
I podobno przyzwoity dostęp do prądu czy netu.
Tylko paść na łóżko.
A stąd "jedyne" 23 km do Kigery - miejsca, gdzie czekają nasi kolejni podopieczni.
Tam już jednak bieda tak piszczy, że stan budynków oraz dostępność tych, które jeszcze się nie zawaliły, nie pozwala na nocleg nikogo z zewnątrz.



czwartek, 28 stycznia 2016

niedziela, 10 stycznia, Dom Dziecka w Nakuru - piknik

W dniu wczorajszym zapadła decyzja, o której dzieci dowiedziały się dopiero dziś rano. Jedziemy pod bramę parku narodowego Nakuru na piknik! Jedno dziecko cieszy się wyjątkowo z takiego wyjazdu, ale radość jaka bije od 10stki? Bezcenne.
W domu zostanie maleńka Esther i Rael - dla własnego bezpieczeństwa oraz będąca obecnie w szkole z internatem 14-letnia Jane. Ale może od początku.

Bezchmurne niebo i dużo słońca spadającego przez zakratowane okno obudziły mnie przed budzikiem nastawionym na godzinę 10tą. Proste śniadanie oparte o ryż i breję fasolową bez przypraw, które są tu dobrem luksusowym szybko stawia mnie na nogi. Poranna krzątanina opiekunek do dzieci i samych maluchów szykujących się do niedzielnej wycieczki, angażuje mnie na tyle, że kompletnie zapominam o spakowaniu się do wyjazdu i zamiast tego ubieram dzieciakom skarpetki nie do pary, ale wyraźnie nikomu to nie przeszkadza.

Z moich obliczeń wynika że przygotowaliśmy 10 dzieci na długo oczekiwany piknik. 10 letni Nissan Liberty kupiony okazyjnie przez Stephena, męża Reginy - głównodowodzącej w domu dziecka -połyka wszystkich w swoje trzy rzędy siedzeń. A niewielki bagażnik w całości zajmuje lodówka turystyczna zapakowana po brzegi.

I dziś w drodze wyjątku także obraz ruchomy, czyli o pakowaniu i w trasie!


Copyright: Fundacja Mają Przyszłość

Sprawnie przemieszczamy się przez dziurawe jak szwajcarski ser ulice Nakuru. Mijamy po drodze wszystkie rodzaje transportu rowery z siedzeniem dla pasażera na bagażniku, motocykle z zabudowanymi czachami czym się da i miejscem dla pasażera. Do tego dochodzą tuk-tuki, pojazdy z budką na trzech kołach tak małych, że kierowca musi omijać wspomniane dziury, żeby uniknąć pewnej wywrotki. Wiele z nich jest porysowanych, powgniatanych, inne malowane ręcznie z wymyślnymi logo z każdej strony. Bardziej wymagającym służą zwyczajne taksówki, głównie Toyoty sedan lub kombi, w wersjach niespotykanych w Polsce.

Na miejscu wypakowanie calej ferajny zajmuje chwile, Steve nagrywa wszystko kamerką, a ja wyciągam ze środka po kolei 11cioro dzieci, które zajmują miejsca na rozłożonych kocach, podarowanych przez przyjaciół Fundacji Mają Przyszłość, które przyjechały w mojej 20kg torbie spod samego Poznania.

Słonce w zenicie sprawia, że nie rzucamy cienia ani trochę, to fantastyczne uczucie, przyjdzie mi poźniej okupić opalenizną ramion na tzw. polską flagę. Krążące w okolicy gibony łase na każde jedzenie i ulubione banany, które z resztą zjadają ze skórką lub nawet samą skórką rzuconą w ich kierunku. Te przebiegłe zwierzęta są bardzo sprytne, szybkie i niebezpieczne, potrafią wyrwać dziecku cukierka z ręki, przebiec przez otwarte drzwi auta porywając reklamówkę z jedzeniem, sam widziałem jak porwały dziecku plecak z pleców i zawlokły go na drzewo.











Duże samce z potężnymi grzywami są szczególnie niebezpieczne , a każdorazowe zadrapanie pazurem lub pogryzienie kończy się długotrwałym leczeniem, możliwymi powikłaniami zdrowotnymi. Jednak zupełnie to nie odstrasza okolicznych od karmienia z ręki i siedzenia 1m od gibona. W pewnym momencie kilka sztuk przypuszcza atak na nasze pozycje na skraju parku tuż obok elektrycznego ogrodzenia, uruchamianego jednak tylko na porę nocną. Pojawia się duży samiec, rusza w moją stronę i przebiega pomiędzy zaparkowanym autem i dziećmi krzyczącymi z wrażenia, a po drodze chwyta leżącą w trawie skórkę banana. Natychmiast się zatrzymuje na konsumpcję, a ja w tym czasie robie mu portretówki z odległości 1m. Kolejne gibony przepędzam unosząc wysoko ramiona i robiąc groźną minę, działa. Podobno gibon atakuje tylko wtedy kiedy widzi strach i wycofywanie się. Przepędzany raczej nie ryzykuje konfrontacji. Nie mam pewności, czy nieuzbrojony choćby w kij człowiek byłby w stanie się obronić przed ważącym ok. 50kg dzikim zwierzęciem.




Co chwila podchodzą do nas sprzedawcy wszystkiego co potrafią unieść. Konsekwentnie odmawiamy, bo jakakolwiek rozmowa wzbudza nadzieje zakupu i powoduje przyklejenie się nas sprzedawcy na dobre 10min. Nagle Agnieszka zgłasza brak telefonu, szybkie przeszukanie okolicy nie daje efektu i zmusza mnie do pogadanek z lokalesami, którzy okazują się bardzo mili, małomówni i każdy wita się ze mną podając rękę jak z dawno nie widzianym kumplem. Oblatuje cały park, wracam z niczym, a zguba odnajduje się w aucie, którym właśnie przyjechał po nas Steve.

 Zaczynamy zwijać majdan, a grupka ciekawskich okrąża nasze auto. Odwrotna procedura zaparkowania 16 osób do Nissana Liberty okazuje się skuteczna, widowisko cieszy oczy zebranych i mnie samego. Odjeżdżając macham do poznanych ludzi.

Dzień kończymy kolacją i długimi rozmowami, Agnieszka i Regina uzupełniają dokumentacje, a my ze Stevem zabawiamy dzieci, które skaczą po nas jak na trampolinie.

Wieczorne pakowanie plecaka uświadamia mi brak jednego z ręczników, na szczęście zabrałem ze sobą kilka małych zamiast jednego dużego. Brak wody w kranie i postawiony baniak z zimną wodą, a obok drugi z bardzo gorącą zmieniają plany prysznicowe na procedurę mycia gałgankiem zrobionym z przywiezionej ze sobą tetrowej pieluszki. Polewam tetrę wodą, namaczam siebie, mydlę tetrę, ścieram skórę, płuczę etc. Ważne, żeby nie zaczynać od głowy, ale o tym wie każdy, kto próbował się umyć tym sposobem. Muminki porywają mnie do krainy snów ok. 22giej, bo jutro czeka nas całodniowa trasa z Nukuru do Musomy, 3 przesiadki, 4 busy. Chyba największy hardcore tego wyjazdu, bo na własna rękę będziemy musieli zmieniać kilka busów (matatu  / daladala) na kilku dworcach autobusowych + przekroczenie granicy z powrotem do Tanzanii. Marcin

Epilog.

Zdjęcie nie zawsze odda sytuację. Nie widać na fotografii chłopca, którego rodzona mama wybrała spośród dzieci do maltretowania i głodzenia, bo sama była bita przez męża, chłopczyk został jej odebrany po byciu katowanym prawie 1,5 roku.
Nie widać dwójki zagłodzonych dzieci znalezionych na śmietniku; nie widać dziewczynki porwanej we wczesnym  dzieciństwie, by żebrała na ulicach Nairobii, a która nauczyła się chodzić i mówić dopiero u Reginy i Steva.
Nie widać dwójki dzieci ze związków uznawanych tu za kazirodcze [dwie osoby teoretycznie niespokrewnione ze sobą zaczynały związek i dopiero po czasie i przedstawieniu wszystkim w rodzinie okazywało się że to kuzynostwo dość bliskie. W przypadku takich dzieci uznane to jest za zły omen dla rodziny i są zabijane - przyp. ] 
Nie widać na zdjęciu dramatu maluszka, który choć ma 7 lat wygląda na kilka miesięcy ponieważ jest dzieckiem wysoce niepełnosprawnym fizycznie, ale umysłowo rozumie, śmieje się i reaguje - niepełnosprawność w wyniku nieudanej aborcji matki. Mamą dziecka jest zgwałcona w szkole 14letnia dziewczynka, której własna mama chciała pomóc w ten sposób, by po gwałcie nie zostało jeszcze dziecko. 
Radość, zabawa, łąknienie uczuć, tęsknota za mamą na wyłączność. Większość dzieci powyżej - niepełnosprawnych - jest kontaktowa i doskonale wszystko rozumie. Komunikuje się, i tylko ciało jest uszkodzone. Są także dzieci zdrowe - jak maluchy chcące iść do przedszkola, np. siostry porzucone przez rodziców lub szkoły, jak dziewczynka, której rodzina związana jest ze światem przestępczym i jest tu chroniona.

Koszt adopcji przekracza przeciętny budżet jaki osoby chcą wydać. Dla Nakuru jest to opłata na każde z dzieci w wysokości 700 USD rocznie, ale w takich przypadkach prosimy o wyrażenie zgody na bycie współrodzicem. Możemy wtedy podzielić koszt na 2 osoby dla każdego dziecka, bo dla 1 to za duża suma rocznie na utrzymanie dzieci z szkole, przedszkolu + wyżywienie lub transport do szkoły czy przedszkola. 
Poważnie zainteresowany pomocą im? Napisz: adopcja@majaprzyszlosc.org.pl

poniedziałek, 25 stycznia 2016

sobota, 9 stycznia, wyjątkowy dom dziecka i adopcje

W Kenii, podobnie jak w wielu innych krajach słabo rozwiniętych, pomoc socjalna nadal jest w powijakach.  Są ośrodki, sierocińce, finansowane przez państwo, jednak w praktyce to bardziej "ochronki",  gdzie dzieci są doglądane, a ich liczba w danym ośrodku przekracza kilkadziesiąt, a nawet kilkaset. Nawet jeśli za prowadzenie takich ośrodków biorą się osoby z zapałem i chęcią zmiany (lub właściwe osoby są wyznaczane na te stanowiska), w zetknięciu z rzeczywistością ideały upadają szybko.

Dom dziecka prowadzony przez Reginę nie jest państwową, a prywatną placówką. Założonym z potrzeby serca. Dzięki temu nie musi być w nim minimum 35 dzieci, a kilkanaście. Taka ilość pozwala zapewnić wszystkim niezbędne minimum matczynej troski i zainteresowania oraz poczucia wspólnoty z "rodzeństwem". Relacje są zachowane, łatwiej także dostrzec emocje i potrzeby wszystkich dookoła, by zareagować na czas.

Regina i jej mąż wzięli także na siebie najtrudniejsze - pomoc dzieciom z niepełnosprawnościami, także zaawansowanymi. One mają podwójnie trudno - nie tylko sieroty, ale także jako dzieci w rodzinach. Niepełnosprawność jest piętnowana, lokalne wierzenia mówią o karze, a zabobony najgorszego sortu wskazują także na konieczność uśmiercania "takich" dzieci zanim sprowadzą zły omen na rodzine lub wioskę. Sytuacje bywają dramatyczne.

Największym szokiem dla mnie nie były jednak historie dzieci, choć te przyprawiają o dreszcze i po ich poznaniu wychyliliśmy kilka głębszych, aby móc przetrawić informacje.. Ale o tym za chwilę.

Zaskoczeniem było bowiem podejście Reginy do adopcji.

Miałam i mam do czynienia z kilkudziesięcioma placówkami w krajach Globalnego Południa (m,in, Afryki) i w 99% placówki te przyjmują dzieci i..zatrzymują je. Po prostu. Do pełnoletności.
Przyzwyczajono mnie przez lata do tego, że tak po prostu jest. Że sieroty trafiają pod kuratelę i należy na nie łożyć do pełnoletności właśnie w domach dziecka i ośrodkach opiekuńczych lub wychowawczych. Odchodzą jako osoby pełnoletnie lub uciekają jako nastolatki, a niejednokrotnie kilka lat przez osiągnięciem dojrzałości.
Faktem jest, że dokumentowanie urodzin dzieci, przejmowanie opieki prawnej nad dzieckiem, które zostało bez rodziców  etc odbywa się tam na zasadach nieznanych ludziom w Europie. Dzieci w dużej mierze traktowane są jak "rzeczy" - szczególnie na terenach wiejskich - a opiekę nad nimi przejmuje członek rodziny lub ktoś z wioski, w zależności od tego kto ma takie możliwości, poziom empatii lub potrzebę wzięcia do siebie dodatkowych rąk. Pobudki bywają różne - jak wszędzie - i już nie dziwią.
Spotkałam się, wiele lat temu, na początku swojej współpracy z pewnym przeczuciem, które z czasem przerodziło się w pewność, że posiadanie dzieci pod opieką i trzymanie ich w placówkach ma uzasadnienie ekonomiczne. Nie tylko w postaci dofinansowań, ale przede wszystkim darowizn od osób prywatnych i firm. Mając podopiecznych łatwiej o datki. Latami. A sytuacja prawna dzieci nie ulega zmianie, bo nikt się o to nie stara.

Regina złamała schemat. Okazało się, że zbudowanie dziecku dokumentacji nie jest syzyfową pracą. Jej celem nie jest zatrzymanie dzieci, a znalezieni im rodziny. Jak sama mówi - tylko w dobrej rodzinie dziecko ma szanse dojrzewać prawidłowo i rozwinąć skrzydła.
Dlatego właśnie jej celem jest przede wszystkim faktyczna adopcja dzieci.
Regina wyszukuje rodziny Kenijskie, które borykają się z problemem bezpłodności lub mogą adoptować kolejne i są w stanie zapewnić dziecku miłość "na wyłączność "i dobry start. Jako były pracownik socjalny nie pragnie "ochronki", a przygotowuje przygarnięte, znalezione, przyniesione lub przyprowadzone dzieci do życia w rodzinie. Nie jest to łatwe, szczególnie w przypadku dzieci z rodzin patologicznych, które nie chcą zrzec się praw rodzicielskich lub dzieci znalezionych na śmietniku, porwanych, dzieci ulicy. Nie jest to jednak niemożliwe i z sukcesem wprowadza plany w życie od 5 lat. Kilku Podopiecznych juz znalazł domy rodzinne. Wcześniej możliwe były także adopcje międzynarodowe (głównie kraje skandynawskie, z którym jest podpisana przez Kenię stosowna umowa(, ale od listopada 2014 rząd Kenii wstrzymał procesy adopcji międzynarodowych i na razie nie ma planów by wdrożyć je z powrotem.

Ważne jest także, że w Kenii praktycznie niemożliwa jest adopcja dziecka chorego. Wszystkie dzieci niepełnosprawne, które Regina wzięła i weźmie pod swoje skrzydła, zostaną z nią i jej rodziną. To na jej barki spadnie ich utrzymanie, wychowanie i otoczenie miłością.
I ma tego świadomość.

Choć w pierwszej opcji nie widziałam szansy na współpracę i nie wyobrażałam sobie braku "pośrednika" - współpracownika na miejscu z korzeniami w Europie lub Ameryce Północnej - poznanie tej rodziny zmieniło nastawienie o 180 stopni. Z żalem odnotowałam, że w grafiku wyjazdu mamy na ich poznanie tyko 3 dni! Musieliśmy zrobić w tym czasie maksymalnie dużo.

Wspólne zakupy to zawsze dobra okazja by pomóc, dlatego po drodze do kawiarni na rozmowę z Reginą, ale także jej córką Angie, która dba o księgowość domu dziecka, wpadłyśmy na zakupy.

Podstawą żywienia dzieci są warzywa - mąka kukurydzianka,a z niej: uji (purre) i ugali (kaszka) oraz chipati (packi kukurydziane), a także wszelkiej maści fasola i groch, z racji wysokich kosztów mięsa.
Ten sycący wypełniacz był dziś podstawowym zakupowym produktem. Jak to mówią - do wyboru, do koloru. Dosłownie.




Część dzieci wymaga leków - na bieżąco lub doraźnie, dlatego apteka także znajduje się na mapie wycieczek i tanio nie jest..


Jeszcze tylko trzeba to spakować do samochodu. Posiadanie auta w przypadku prowadzenia takiego domu nie jest niezbędne, ale Regina wie jak wygląda życie bez - w początkowej fazie projektu nie mieli pojazdu. Dzieci do lekarza, do szkół wozili matatu (busikami komunikacji publicznej) albo uproszonymi po ludziach przejazdami, torby żywności nosiła w rękach, 25kg worki mąki i ziaren - jak większość, czyli na głowie. I można to robić dla rodziny 2+2, ale wykonywanie tych czynności dla 15osobowej - przekracza cokolwiek co można zrozumieć. Dlatego Steve wycofał pieniądze, zbierane przez 40 lat pracy, na swoją emeryturę i kupił żonie samochód. Nie chciał, by spełnienie swojego życiowego marzenia o bezpośrednim pomaganiu dzieci nie przypłaciła zdrowiem lub życiem. Kłopotów dnia codziennego i tak mają aż nadto...

Dzisiejszych zakupów było naprawdę sporo i zaskoczyła mnie pojemność auta, a to okazało się niczym w porównaniu z dniem kolejnym. Wtedy dopiero zrobiliśmy z Marcinem tzw. wielki oczy ;)


Nakuru to duże i rozległe miasto. Ma ponad 300 tys. mieszkańców i jest trzecim co do wielkości miastem Kenii. Leży na zachód od masywu górskiego Kenia, a otoczone jest parkiem narodowym. Nasz grafik niestety nie przewiduje zwiedzania w takim zakresie dlatego i wulkaniczna Mount Kenia, park narodowy, Lake Nakuru z flamingami czy Lake Naivasha - przeszły nam niestety koło nosa i musza poczekać na turystyczny przyjazd.


Jezioro Naivasha widziane wczoraj jedynie z oddali - polecamy szpital i sierociniec hipopotamów znajdujący się nad nim lub słynne flamingi nad jez.Nakuru w pobliżu ;)


I jedno z ciekawszych rond jakie widziałam w życiu. Na samym środku wstawiono instalację - doszczętnie zniszczony, podczas wypadku na tym rondzie, samochód. I działa na wyobraźnię.


 Znaleźliśmy także reklamę proszku do pieczenia dla tych mniej smacznych ndazi / mendazi / menendazi (jak zwał, tak zwał..).


Na zakończenie jeszcze jedne zakupy. W piątek dostałałam wiadomość z Polski, że jakaś Pani zakupiła mleko dla dzieci w naszym sklepiku - niejedno:

Postanowiłyśmy z Reginą od razu sfinalizować ten zakup na równowartość wpłaty (realizacja zakupów produktów wirtualnych z naszego sklepiku zawsze odbywa się już na miejscu w danej placówce do której przekażemy środki). Jedyne o co poprosiła to o zamianę mleka w proszku na mleko dla trochę starszych dzieci. Kilkadziesiąt kartonów takiego mleka zawieziemy do Nakuru, bo już od kilku dni tylko maluchy dostawały mleko w butelce, dla starszych dzieci nie było, a uwielbiają i je, i kakako ;)
Dziękujemy za zakupy tych i innych produktów w naszym sklepie online ;)
A tych, którzy wola zakupy we wszystkich sklepach w Polsce i pomaganie przy okazji bez własnego budżetu zapraszamy do serwisu fanimani.pl, gdzie nie musisz wydawać swoich pieniędzy, a pomaga nam jedynie procent od dokonanej przez Ciebie płatności, który przekazuje nam sklep ;)
Strona fundacji w serwisie FaniMani.pl  - KLIK (można sobie ustawić "wtyczki" do przeglądarek, by wiedzieć który z Twoich ulubionych sklepów jest w programie i działa na rzecz innych ;)


Dzień w mieście zakończony już dość późno spotkaniem z Angie oraz kilkugodzinnymi ustaleniami szczegółowych warunków współpracy, umowy, faktycznych kosztów, form opieki nad dziećmi oraz planami na dalsze 2-5 lat oraz bardziej perspektywicznie. Niewątpliwym atutem współpracy z Reginą jest także fakt, że jest Kenijką, nie misjonarką czy osobą wysłana z projektu. Szanse na jej "odwołanie" z danej placówki są zerowe, a planowanie może dotyczyć nawet dekady lub dalej.


Gdy wieczorem wróciliśmy do dzieci nie mieliśmy już dużo czasu, a dzieci z utęsknieniem czekały na obiecany wczoraj seans nr 2. Dlatego razem z Barbie Małą Syrenką spędziliśmy resztę wieczoru oklejeni dziećmi. Po bajce pozostałe tylko wysłać starsze do łóżek, młodsze zawsze zasypiają w pokoju z Reginą, która po kolei karmi je, kładzie na kanapach i głaska dopuki łobuziaki nie padną na dobre. Później przenoszone są do łóżeczek na piętro.
Do obejrzenia łóżeczek i całego domu, wynajmowanego od kilku lat, zaprosimy Cię na spokojnie pod koniec marca, napiszemy o tym na naszym blogu ;)

Jeśli chcesz zostać Rodzicem Adopcyjnym jednego z dzieci Reginy i Steva napisz na adopcja@majaprzyszlosc.org.pl
Możesz zdecydować komu chcesz pomóc - w tym celu poznaj je bliżej już jutro podczas pikniku!
(czytaj w kolejnym poście)



piątek, 22 stycznia 2016

piątek, 8 stycznia (cz.2) dzieci z domu dziecka w Nakuru

Wczorajszej (czwartkowej ) nocy dotarliśmy do Nakuru, dziś byliśmy już u Lucy, o czym możecie przeczytać we wcześniejszym poście, a tymczasem nadal nie napisaliśmy jeszcze nic o tych, których spotkaliśmy w domu na przedmieściach miasteczka.

Gdy po kilkunastu godzinach podróży z Shadreckiem i Napendą (Josephem) dojechaliśmy tutaj, większość domowników juz spała. Powitały nas takie dwie panienki:


To Maria i Debora (DJ), jedne z najmłodszych mieszkanek domu.
Ponieważ czekały jeszcze na butelki z mlekiem, mieliśmy okazję przywitać się od razu. Pozostałe dzieci poznaliśmy dopiero dziś rano.
Nieznane twarzyczki, chichotanie z kąta; migały nam białe ząbki na uśmiechniętych buziach, duże radosne oczy, a każde z nich szukało kontaktu - wdrapania się na kolana, dotknięcia dłoni, pogłaskania po włosach, przytulenia. Nie zdążyliśmy wyjść za drzwi tego ranka, by pojechać z Lucy do jej nowej szkoły, a już mieliśmy do kogo wracać z radością, tego dnia.

Plany by poznać naszych młodych towarzyszy tego dnia okazały się jednak bardziej skomplikowane, bo pierwszeństwo maja jednak potrzeby wyższego rzędu. Kilka wspólnych godzin w Naivashy razem z Reginą i Stevem pokazało, jak dramatyczna jest sytuacja tego domu. Dlatego zanim wróciliśmy zrobiliśmy sobie przystanek w banku, gdzie opłaciliśmy na konto naukę Lucy z kolejnym semestrze oraz wyjęliśmy z banku gotówkę na jutrzejsze zakupy, bo w lodówce w domu dziecka znaleźliśmy rano głównie światło...

* Może od razu dopiszemy, że jednym z nielicznych działających dla nas bankomatów w Kenii była Barclays, a w Tanzanii CRDB. Natomiast lokalne banki dużo korzystniej obsługują lokalna ludność, czyli system działa praktycznie jak w każdym kraju.
Poniżej kilka lokalnych banków, gdyby ktoś planował założenie rachunku tam w ramach jakiegoś projektu.





Do wynajmowanego domu Reginy i Steva, który od kilku lat jest także domem kilkunastu dzieci, wróciliśmy dopiero wczesnym wieczorem. Idealnie na kolację, bo dzieci czekały z a nami, by wspólnie zjeść wieczorny posiłek.

Regina jest emerytowanym pracownikiem socjalnym, ma już dorosłe dzieci. Gdy zakończyła pracę zawodową, córki nie mogły pogodzić się z faktem, że mamam zmarnuje swój talent do pomagania ludziom i wspierając ja na każdym kroku pomogli jej spełnić marzenie życia - dom dziecka. Jakże inny od placówek, które znamy z opowieści, znajomych organizacji i naocznych oględzin ostatnich lata w różnych krajach Afryki.
W większość miejsc właściwym określeniem byłaby pewnie tzw. "ochronka" i skojarzenie z latami 40-stymi ma tu uzasadnienie. Nawet pisanie o tym miejscu sierociniec, jako miejsce gdzie są sieroty, nie do końca nam pasuje po 48h.
Dom dziecka. Dom. Gdzie używamy dwóch wyjątkowych słów: mama i tata. Takie podejście do nazywania miejsca domem, a Reginy i Steva  - mama i tatą, mają także dzieci. Świadczy o tym nawet laurka wisząca na malutkiej choince na stole, pozostałości po zakończonych 2 tygodnie temu Świętach:


Wszystko zaczęło się na dobre ponad 5 lat temu, gdy rodzina Reginy natknęła się na Project Abroad.
W ramach tego projektu w latach 2011 (od momentu powstania) do 2015 otrzymywali wsparcie kadrowe, a dzięki przysyłanym wolontariuszom i pracownikom, którzy sami opłacali taka formę wolontariatu placówka mogła się nadal utrzymać z darowizn od byłych wolontariuszy oraz pieniędzy z projektu za ich zatrudnianie.
Niestety jakiś czas temu główne biuro projektu przeniosło się z Nakuru do miejscowości oddalonej o kilkaset kilometrów i jednocześnie zakończono współprace na odległość. Regina i Steve zostali sami z dziećmi, mając do pomocy tylko byłych wolontariuszy, który zostawili tu swoje serca, a później także sporadycznie przesyłali nieduże środki finansowe oraz paczki z darami dla dzieci.

W chwili obecnej w domu przebywa 13 dzieci w wieku (na ten moment) od 8 miesięcy do 15 lat.
Taka gromadka jest wyzwaniem - szczególnie w porze posiłku, kąpieli, kładzenia spać. Ograniczona do minimum ilość miejsca nie pomaga - wynajmowany dom naprawdę pęka w szwach i widać to gołym okiem.
Dziś staraliśmy się pomóc.... a przynajmniej nie przeszkadzać :p

 




Jako goście nie chcieliśmy przyjeżdżać tutaj z pustymi rękami. Zapytaliśmy Reginę o najpilniejsze potrzeby (wiedzieliśmy wcześniej, że odzież czy buty dosyłają wolontariusze i przyjaciele), i tu zaskoczenie  - Regina przekazała nam sugestie, którymi mogliśmy sprostać dzięki Darczyńcom Fundacji! Były to przybory toaletowe dla dzieci - pasty i szczoteczki oraz.. piżamki!

Ponieważ Fundacja od dłuższego czasu prowadzi dwa projekty "Kocyki i piżamki dla Afryki" oraz "Czyste ręce" mogliśmy zakupić wszystko właśnie z zebranych w ten sposób środków. 
Tym bardziej doceniamy wszystkich, którzy dokonali wpłaty jednorazowej, a także tych, którzy działają z nami systemowo  i ustawili sobie niewielki miesięczny przelew na wybrany przez siebie cel, by regularnie pomagać naszym dzieciom. Dziękujemy!

A jak cieszy się dziecko jak słyszy, że przyniesiemy walizkę o dostanie od Was coś nowego?
O tak:

Następnie rozpoczęliśmy dopasowywanie piżamek do ich nowych właścicieli, a każde z nich mogło sobie dobrać szczoteczkę i pastę wg gustu. Posiadanie wyboru w tym zakresie było dla nich kompletna nowością. I dla nas była to ważna lekcja...



 Zwieńczenie wieczoru nie mniej udane - czas na relaks, rozmowy i przede wszystkim kreskówki. "Tom i Jerry" łączy wszystkich - bez względu na wiek i narodowość. I nie wiadomo dlaczego na bajkach zwykle lądują nie tylko dzieci, ale i panowie - Steve i Marcin także zajęli stosowne miejsca :)




A jak rozeszło się dookoła, że są nowości na laptopie to znaleźli się nawet sąsiedzi i znajomi ;)
Kolejny dzień przyniósł kolejne niespodzianki. Poznaliśmy historie dzieci....