Drodzy Czytelnicy.
W marcu 2016 straciliśmy kontrolę nad blogiem. Po wielu miesiącach odzyskaliśmy dostęp do konta i wracamy do Was. Posty datowane między 03.3016 a 12.2017 to rekonstrukcja wydarzeń w tego okresu. Bieżące posty datowane są od 2018 roku.

Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nakuru. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nakuru. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 marca 2018

Torby i portfele Bagamoyo - Springs of Hope w Kenii

Bagamoyo to miasto w Indiach, ale dziś nie o nim tylko o pewnym wyjątkowym projekcie ;)

BAGAMOYO jest projektem organizacji Springs of Hope Kenii (SOHK) i służy jako ośrodek szkoleniowy krawiectwa dla kobiet i mężczyzn żyjących z HIV / AIDS. Nie jest to projekt Fundacji Mają Przysżłość, ale o dobrych inicjatywach należy pisać ;)
Z dostępnych i ciekawych tkanin o afrykańskim wzornictwie szyte są wszelkiej maści torby, torebki, plecaki, saszetki, portfele i wiele innych. Uczestnicy zdobywają umiejętności krawieckie (odpłatnie), a jednocześnie ich produkty przeznaczone są na sprzedaż.

Wszystkie zyski z Bagamoyo idą na:
1. Tworzenie możliwości szkoleniowych oraz jako dochód dla kobiet i mężczyzn żyjących z HIV / AIDS
2. Wspomaganie organizacji SOHK w zapewnieniu opieki dla opuszczonych, porzuconych i maltretowanych dzieci, które żyją w SOHK
3.  edukacje 
4. Wspieranie rodzin / dzieci cierpiących z powodu niszczących skutków HIV / AIDS

Przy zakupie jednej z tych toreb tworzysz podstawy do nadziei o lepsze jutro oraz okazujesz wsparcie dla sierot i ubogich dzieci z Kenii oraz kobiet i mężczyzn żyjących z HIV / AIDS.
Bagamoyo zaowocowały z miłości jednej kobiety - Molly - do osieroconych i zagrożonych dzieci w Kenii, oraz jej pragnienia, aby zobaczyć jak osoby żyjące z HIV / AIDS zdają sobie sprawę, że mogą mieć nadzieję i przyszłość. Bagamoyo ma na celu zapewnienie dochodu, który pomoże im i dzieciom odnieść sukces w życiu.
Jak mówi sama Molly: "Czułam, że mogę zebrać moje doświadczenie życiowe, miłość do mody i znaleźć sposób, aby użyć to, by coś zmienić w życiu ludzi, którym pomagamy tutaj w Kenii."

Wszystkie ich torby są wykonane z tradycyjnych materiałów Kenii. Używając tych pięknych, kolorowych materiałów i wykonali niepowtarzalne i oryginalne torby w każdym stylu, tak aby gdziekolwiek jesteś blisko czy daleko można było wziąć kawałek Kenii z sobą!



Dlatego i Agnieszka zakupiła torbę i zabrała kawałek Kenii ze sobą do Polski, gdy była w Kenii w 2016 roku. Wszystko to dzięki osobie, która to magiczne miejsce w Nakuru nam pokazała, czyli Angeli. Dziękujemy Ci!

Polub BAGAMOYO na Facebooku i kup coś dla siebie ;)
https://www.facebook.com/SOHKBAGS
 



niedziela, 24 grudnia 2017

Życzenia Świąteczne Boże Narodzenie 2017

W tym roku życzenia składa Referentka Misyjna Zgromadzenia Sióstr św. Dominika, z którym współpracujemy od lat w 3 miejscach na świecie. Zespół Fundacji dołącza się do życzeń, a ciepłe słowa i myśli kierujemy nie tylko do przyjaciół misji, ale do wszystkich, którzy pomagają razem z nami lub ze wsparcia korzystają, zarówno w Polsce jak i poza granicami. Razem tworzymy tę Fundację.


sobota, 28 stycznia 2017

Ania odwiedza Nakuru, wolontariat 2017 cz.1

Minął rok od naszego pobytu w domu dziecka w Kenii. W międzyczasie dzieci podrosły, większość trafiła do naszego programu adopcji, a co za tym idzie do szkoły.
(wpisy ze stycznia i lutego 2016).
Ponieważ sytuacja na miejscu zmieniła się i dzieci potrzebują nowego domu, na który zbieramy środki od kilku miesięcy, potrzebne było sprawdzenie sytuacji prawnej ziemi, domu dziecka, kwestii ustanowienia ośrodka rehabilitacji w Naivasha lub Nakuru, a także spotkanie z architektem celem modyfikacji projektu architektonicznego, aby był bardziej dostosowany do tej grupy dzieci, ale także jej opiekunów, funkcjonalności, a także standardów i oczekiwań, jakie mamy w stosunku do placówki opiekuńczej.
W weryfikacji postanowiła pomóc nam Ania, na co dzień prezes fundacji zajmującej się dziećmi utalentowanymi i stypendiami dla młodzieży. Jako koordynator wielu projektów posiada odpowiednie wykształcenie kierunkowe, jak i ponad 10-letnie doświadczenie, by i nam pomóc.

Ania, jako manager, nie mogła jednak wiedzieć, jak trudne jest obserwowanie dzieci z boku, gdy mieszkają w tak odmiennych warunkach niż te, do których przywykliśmy w Europie.
Emocjonalnie był to wyjazd bardzo trudny, niemniej udało się przygotować ostateczną wersję domu dziecka, jaki powinien powstać by spełniał swoja funkcję oraz ustalić koszty jego przygotowania wraz ze stosownymi dokumentami i pozwoleniami na budowę.



Miała także czas i możliwość, aby przygotować listę realnych pomysłów inwestycyjnych oraz ich założenia wspólnie z Reginą i Stevem. Wszyscy w Fundacji mamy nadzieję, że przyda się to w rozwijaniu finansowej niezależności domu dziecka   - szczególnie uniezależnienia od 100%wego wsparcia z zewnątrz, gdyż budowa to nadal wędka, a nie ryba. Dom dziecka nie będzie w pełni i w trybie ciągłym finansowany z zewnątrz.

To był dla nas bardzo ważny pobyt na miejscu, udało się także przywieźć trochę materiałów o dzieciach. Urosły i dojrzały. To wspaniale obserwować takie zmiany.
Za serce do dzieciaków, ciepłe słowo i pomoc w Nakuru - serdecznie Aniu dziękujemy.

--
Podróż Ani nie skończyła się w Nakuru, kolejnym etapem podróży była rozbudowywana szkoła w Nyamandze i o tym będzie kolejny post.

niedziela, 25 grudnia 2016

Wyjątkowe Boże Narodzenie w domu dziecka - dzięki Wam!

Do domu Reginy i Steva trafiliśmy w styczniu tego roku.
Dramatyczne i bardzo brutalne dzieciństwo wszystkich dzieci z domu dziecka, jest dla nas nadal trudne do przyjęcia. 
Ile złego może zrobić dorosły dziecku i do czego się posunąć, to bywa czasem nie do opisania...

Od roku dzieci są pod naszą finansową opieką i próbujemy zdobyć środki, by zbudować dla nich odpowiednią placówkę, która umożliwi działanie ośrodka zgodnie z kenijskimi i międzynarodowymi przepisami, ale na większą skalę, a jednocześnie zapewni tej rodzinie - bo tym faktycznie są i tak o sobie mówią - spokój finansowy.

W tym roku, poza dożywianiem zgodnie z zakupionymi przez Państwa produktami z fundacyjnego sklepiku, w tym bardzo drogim mlekiem w puszce oraz dofinansowaniem nauki, pomogliśmy także na Święta. Udało się to zrealizować ten olan tylko dzięki wpłatom Darczyńców. Dziękujemy!
Dzieci zwykle jedzą fasolę, placki kukurydziane (chipati), lub sycąca papkę z mąki kukurydzianej, na szczęście ich posiłki znacznie się poprawiły odkąd przejęliśmy finansowanie szkół i przedszkoli, także szkół specjalnych do których uczęszczają.

Święta 2016 były wyjątkowe. Jak zawsze w tym domu - ciepłe, rodzinne, kolorowe i z choinką. Jednak w tym roku pojawił się także tajemniczy worek z prawdziwymi prezentami dla każdego Z OSOBNA, a nawet Św.Mikołaj! (spotkany w pobliskim sklepie - nie wszystkie dzieci były na tyle odważne jak Timothy czy Ramsey, by z uśmiechem usiąść na kolanie brodatego pana, ale któż z nas nie ma zapłakanych pierwszych zdjęć z Mikołajem? :)

Dzięki wpłatom na Syte Święta, udało się także zakupić po małym drobiazgu pod choinkę. Radość była zarówno obdarowanych, jak i z samego pakowania. Zapachy z garnków, unoszący się aromat mięsa, sosu, pełne miski i brzuchy. To synonim udanych Świąt. Gdy dodamy do tego pieniądze na koncie, by za kilka dni opłacić I term (semestr) szkolny 2017 dla wszystkich dzieci - to już naprawdę pełna radość.

Upominki nie były obfite, dania wyszukane, ale radość tego Bożego Narodzenia przypomina nam ten sam moment w Kigera Etuma, w grudniu 2013 roku, po roku działania programu (patrz archiwum bloga).
Nie było tego dużo, ale jak widać wystarczyło, by czas upłynął im naprawdę wyjątkowo.

Dziękujemy Reginie, Stevowi oraz ich współpracownikom za wspaniale przygotowane Święta i życzymy wszystkim domownikom oraz Czytelnikom bloga wszystkiego co najlepsze na ten wyjątkowy czas oraz spełnienia marzeń w nowym roku.

Ze swojej strony Regina i Steve dziękują za taka możliwość przygotowania tak wyjątkowych, bogatych, kilkudniowych Świąt Bożonarodzeniowych. Asante!





















niedziela, 5 czerwca 2016

The Colour Run w Poznaniu na rzecz domu dziecka w Kenii

 


Wspólnie ze Stowarzyszeniem Uśmiech Nadziei właśnie podczas biegu The Colour Run zorganizowaliśmy poznański finał kampanii KilometryDobra.pl/dzieci-kenia.

O akcji Kilometry Dobra więcej przeczytasz tutaj:
http://www.majaprzyszlosc.org.pl/final-kampanii-kilometry-dobra-5088-zl-na-budowe-domu-dziecka
Dziękujemy Stowarzyszeniu Uśmiech Nadziei, w szczególności Marii Kopaszewskiej, za wspólną pracę przy finale kampanii, a organizatorom The Colour Run za możliwość uczestnictwa w biegu. Nasi Podopieczni także ruszyli na start – zarówno Miłek, jak i Natalia, ukończyli bieg w towarzystwie wyjątkowych Wolontariuszek – Magdy i Kingi.
Celem całej Akcji, której bieg był finałem, było zebranie środków na budowę nowego domu dziecka w Kenii.
Takiego szaleństwa kolorów jeszcze nie było w Fundacji. Dziękujemy za wsparcie tego ważnego dla nas projektu jakim jest budowa domu dziecka i zbiórka środków podczas Kilometrów Dobra. Wasza energia pomogła nam przetrwać ten upalny dzień. Ponad 2000 osób zdecydowało się przykleić nam złotówkę w ciągu 3 godzin trwania finału nad Maltą! Więcej o budowie w kolejnym poście.
To rzeczywiście „najszczęśliwsze 5 km na tej plancie!”, jak pisze o wydarzeniu sam organizator TCR
Zapraszamy na krótki trailer z tego co się działo.

piątek, 8 stycznia 2016

wtorek, 5 stycznia (cz.2) Ukunda, Boyani Primary School

wtorek, 5 stycznia (cz.2)  Ukunda, Kenia

Po ciekawym, aczkolwiek nieplanowym przedszkolu dziś ,czas na szkoły z naszego projektu  "SZKOŁY NA RÓWNIKU". Wszystkie szczegóły znajdują się także pod tym linkiem:
Zapraszamy firmy, szkoły do włączenia się w działania:

Dziś dwie szkoły, każdej poświęcimy osobny post.


2016.01.05, Ukunda, Boyani Primery School

Misternie ukryty pod guzikiem koszuli dyrektora szkoły mikrofon na dwumetrowym kablu, kupiony w celu poprawy jakości dźwięku okazuje się kompletnie bezużyteczny z przyczyn mi bliżej nieznanych. Być może powodem były warunki transportu w moim 20 kg plecaku lub temperatura przekraczająca 35 stopni. Zamiennie używam telefonu z aplikacją dyktafonu, jako plan B. Sprawdza się. Olbrzymie drzewo na placu daje cień, w którym nagrywamy wywiad z dyrektorem szkoły. 



Stabilizator wraz z aparatem ważą prawie 2 kg. Trzymając to przez kwadrans w jednym ręku czuję się jak statyw. Boyani Primary School, to szkoła posiadająca kilka budynków, podzielonych na klasy i obszerny plac pomiędzy nimi. 









Uczy się w niej trzystu uczniów. Sale w klasach początkowych są obwieszone pomocami naukowymi, takimi jak liczby, literki, w formacie A4, powiewają one niczym proporce na wietrze. W oknach nie ma szyb, są jedynie poprzeczne pręty. 





W szkole, jak we wszystkich innych, zarówno prywatnych jak i publicznych, obowiązuje mundurek szkolny. Tzw. stationary (wyprawkę) kupuje się w specjalnych sklepach. W jednym z kolejnych postów wybierzemy się na takie zakupy.
Czasem jednak uczniowie łamią szkolny dress code, szczególnie, gdy temperatura w porze deszczowej spada do 16 stopni. Wtedy nawet sweterek z kompletu ("uniformu") nie wystarczy. 


W Boyani Primary School spotykamy po raz pierwszy (ale zdecydowanie nie ostatni) dziecko z problemami dotyczącymi stóp. To chłopiec chory na tzw. "dżigas" (ang.) - są to pasożyty, którymi łatwo się zarazić w tropikach chodząc boso, a tak właśnie poruszają się tu dzieci. Stan toalet w postaci dziury w ziemi nie ułatwia utrzymania higieny. Buty szkolne pomagają zmniejszyć ryzyko zachorowań. Jakby przyszła kontrola rządowa, a wymóg butów szkolnych nie byłby zrealizowany nauczyciel mógłby mieć problemy. Z drugiej strony, gdyby się trzymać tych zaleceń frekwencja spadłaby o połowę. Koszt obuwia często przekracza możliwości rodzica.



To problem ogromny, choć trudno czasem wytłumaczyć osobom, które w Afryce nigdy nie były dlaczego tak ważne dla uczenia są buty. W Fundacji wielokrotnie otrzymywaliśmy zapytania po co buty, skoro wiedza generowane jest jednak w innej części ciała, a poza tym w Afryce jest ciepło.
Zakażone brudne stopy swędzą, a w stadium rozwiniętym sprawiają ból. Trudno tu o skupienie na lekcji.
Stan dróg, buszu przez który dzieci chodzą codziennie do szkoły, pokonując od kilkuset do nawet 10 km w wielu przypadkach powoduje, że drogie buty (potrafią kosztować nawet 10-15 USD) wystarczają zaledwie na 2-3 miesiące. To tylko 1 z 3 trymestrów roku szkolnego. Bywa, że ze środków z programów adopcyjnych, w których ą dzieci, nie wystarcza na wszystko w ciągu roku. Zaznaczyć musimy, że dzieci z projektu Szkoły Na Równi-ku nie są w programie indywidualnym. To osobne działania. Szczegóły adopcji indywidualnej (stypendia na naukę, dożywianie i leczenie) znajdują się tutaj:
www.majaprzyszlosc.org.pl/adopcja-serca

czwartek, 7 stycznia 2016

wtorek, 5 stycznia (cz.1) Ukunda, Kenia

wtorek, 5 stycznia (cz.1)

Zimna woda w betonowej łazience wyraźnie pobudza o poranku, szczególnie kiedy dzień wcześniej spędzamy 11h w autobusie lokalnych linii z Dar w Tanzanii do Ukunda w Kenii. 

Dzięki zaprzyjaźnionemu z nami gospodarzowi domu i jego żonie, mamy pełny komfort i pożywne śniadanie, które musi nam wystarczyć na cały dzień pracy. Dom, w którym gościmy, mieści się 150 m od plaży nad Oceanem Indyjskim, w turystycznej miejscowości Diani Beach. Jednak widokiem plaży przyjdzie nam się nacieszyć dopiero późnym południem, czyli ok.16:00, bo afrykański dzień zamienia się w noc ok. 18:30. Odczucie ciepła zmienia się na naszą niekorzyść z powodu większej wilgotności powietrza, co jest charakterystyczne dla wschodniej części Kenii. 
Pełny ciekawości tego, co mnie czeka pakuję sprzęt fotograficzny, sprawdzam zapasowe baterie, by za chwilę wsiąść do dużego japońskiego VANa z niedziałającą klimatyzacją. Jeremiah zgłasza już swoją gotowość do odjazdu. Kilkanaście minut później zabieramy po drodze Pana Lubango, który zna dobrze problemy edukacyjne regionu. 




Po szybkim zatankowaniu auta jedziemy niebawem szutrową wyboistą drogą, przez busz, mijając okoliczne wioski. Na chwilę zatrzymujemy się, żeby kupić wodę w sklepie, w którym ekspedientka podaje towar i kasuje przez kratę, zapewne służącą zwiększeniu jej bezpieczeństwa. 




Wegetacja roślin jest tu inna niż w Tanzanii, jest bardziej zielono, busz rośnie tak, jakby chciał wejść na drogę naszego przejazdu. Stada kóz lub krowy, obładowane motocykle i rowery, kobiety noszące na głowach walizki, w których kółka to zbędny dodatek, stanowią tu nieodłączny element krajobrazu. 

Boyani Nursery School nie jest zaplanowana na ten dzień. Jadąc polną ścieżką minęlibyśmy ją jak dziesiątki innych, jednak jakiś ruch, kolor, okrzyk powoduje, ze zatrzymujemy się gwałtownie i wchodzimy do pustawego budynku. Na miejscu wita nas gromadka ciekawskich przedszkolaków, którą opiekuje się jedna wychowawczyni zatrudniona przez rodziców i korzystająca z udostępnionej odpłatnie głównej sali tutejszego kościoła.



Agnieszka rozmawia z nauczycielką, za zgodą robię zdjęcia, nagrywam filmy i zabawiam dzieci prostymi grami, pt. kto jest najwyższy, kto jest najniższy, kto się najszybciej okręci się dookoła, etc. [dzieciaki przeszczęśliwe podczas gier! przyp. Agnieszka]





Na miejscu pojawia się przedstawiciel rodziców, który oprowadza nas po okolicy. 
Niewielki plac za budynkiem stanowi miejsce zabaw dzieci, kilka metrów po lewej stronie znajduje się budynek wyglądający jakby był właśnie w budowie. 



Wizyta w toalecie uświadamia mi możliwe problemy higieniczne, a dwumetrowy wykop ziemi w pobliskim buszu okazuje się przygotowywaną nową toaletą. 




Nauczycielka opowiada o życiu szkoły, nie zawsze łatwych relacjach z rodzicami i problemach dnia codziennego. Opowiada o materiałach papierniczych i książkach, których brakuje dla wszystkich dzieci, a rodziców często nie stać nawet na zapłacenie za przedszkole. Dzieci przynoszą własną wodę i jedzenie, na miejscu uczą się korzystając z dostępnych materiałów - czyli praktycznie żadnych. Widząc zapał prowadzącej to przedszkole, która według notatek w zeszycie nie otrzymuje wynagrodzenia przez ostanie 4 miesiące, po wieczornym namyśle decydujemy się zrobić im niespodziankę... więcej o niej jutro!

Marcin


środa, 6 stycznia 2016

4 stycznia, poniedziałek (cz.2) Przyjazd do Kenii

4 stycznia, poniedziałek (cz.2) Przyjazd do Kenii

Upał. Upał. I jeszcze raz upał.
To tak na dobry początek.

Startując na granicy ponownie wrzucam do luku nasze bagaże, starając się nie zauważać zamykania na nieco większy gwóźdź.



Miejsca tuż za kierowca, z  których tak bardzo się ucieszyłem kupując bilet, spełniły nasze nadzieje pod względem wielkości, przestrzeni na nogi, owalne zintegrowane z fotelem zagłówki mogą się przydać na drzemkę podczas planowo 9 godzinnej trasy. Minusem jest bliskość umieszczonego z przodu silnika generującego tony decybeli.
Brak klimy i otwierane okna dające miły przewiew wraz z czarną szyba oddzielająca nas od kierowcy i widoku do przodu dopełniają obraz sytuacji. Oczywiście nadal jesteśmy jedynymi białymi na pokładzie obsługiwanego przez 3 osobową ekipę busa.



Agnieszka ustawia aparat w oknie, ruszamy o czasie, przeciskając się ponownie przez zatłoczony dworzec ku dwupasmówce, która pomijając liczne spowalniacze o pokaźnych rozmiarach sprawnie wyprowadza nas na przedmieścia. Zmieniało się otoczenie i nie widać już tego co w wcześniej, zniknęły przydrożne biznesy i wystawki produktów od mebli, pomników, cegieł po ogródki warzywne, zrobione z otwartych worków z ziemią.




W przydrożnym rowie dużo plastikowych śmieci, butelek, etc. Mimo ze pora jest sucha jest zaskakująco dużo zieleni. Co chwila na drodze wyrasta stacja benzynowa, jest ich naprawdę dużo, marki w Polce zupełnie nieznane (Gapco, MICL, i inne). Wioski wyglądają, jakby były wciąż w budowie, ale kable na słupach, anteny satelitarne na nieotynkowanych budynkach i biegnące w oddali linie wysokiego napięcia dowodzą, że prąd dawno już tu jest. Marcin

Docieramy do Diani przed 17stą, spoceni, zmęczeni, ale nadal waleczni. Tradycyjnie brak adresu dworca, czy miejsca stałego parkowania. Jeremy, nasz lokalny koordynator projektu www.SZKOLYNAROWNIKU.pl kazał kierować się na określony hotel, ale nikt z obsługi nie wie gdzie to jest, albo dobrze udają, zamieniamy hotel na pocztę w Diani, ale nadal bez większego sukcesu. Zanim wyjedziemy z wioski na dobre główną szosą, decydujemy się wysiąść przy jakimiś "guest hous'ie". Jeremy odnajduje nas po kwadransie, bo śledził od godziny każdy autokar w tę i z powrotem.




Diani to miejscowość turystyczna, nad Oceanem, z dostępem do szerokich plaż. Obecnie mocno zaniedbana, m.in. ze względów politycznych. Europa nie akceptuje obecnego prezydenta Kenii (niewielu lokalnych uznaje te wybory prezydenckie za uczciwe przeprowadzone), skazanego prawomocnym wyrokiem przez sąd w Hadze.  Z tego powodu, by wywrzeć pewien nacisk, wiele europejskich biur podróży odgórnie zostało zobligowanych do omijania Kenii szerokim łukiem. turystyka w Diani padła, a my mieliśmy okazję obejrzeć ten obraz nędzy i rozpaczy - zionące czarną pustką sklepiki, połamane przez ludzi i pogodę konstrukcje handlarzy pamiątkami, ogłoszenia sprzed 3 lat, pustawe hotele, powybijane szyby i wałęsających się bez celu organizatorów safari, próbujących obecnie swoich sił w handlu (arbuzami lub kukurydzą na lokalnym bazarze) lub rolnictwie. Drugim problemem okolicy są bazy tytanu. Kenijczycy służą jedynie za najtańszą siłę roboczą, przy czym cały wydobyty tu materiał trafia od razu na statki i jest wywożony. Zarówno obróbka jak i sprzedaż odbywa się już poza granicami i kenijczycy niewiele mają ze swoich bogatych złóż.

Siedząc już w aucie z Jeremym, postanawiamy wpaść po kenijskie simkarty, duże centrum mijamy po drodze i panowie znikają w czeluściach marketu. Droga dała mi się we znaki, więc postanawiam grzecznie poczekać w aucie. Mija 10 minut, w tym czasie zdażyło do mnie podejść co najmniej 7 kobiet. Część tylko macha, część zagaduje, inne pokazują na pusty koszyk, a jeszcze inne wystawiają do mnie swoje dzieci. Wszystko zza płotu. Market otoczony jest płotem i ochroną. tylko z kartą płatniczą lub autem dostaniesz się na sklepowy parking. Z braku lokalnej waluty i jakichkolwiek drobnych nie reaguję, więc odchodzą. Mija kolejne pół godziny i mimo otwartych częściowo okien zaczynam rozumieć psy i dzieci zostawiane w upał z samochodzie..
Dzwonie do obu - nic. Pisze - nic. Mija 18sta, czyli stoję na parkingu od ponad godziny. Wracają koleżanki zza płotu i na mój widok zdziwione otwierają oczy - "A ty jeszcze tutaj?"
W ich oczach już nie ma prośby. Jest współpczucie. I pewne poczucie wyższości, gdy oddalają się tanecznym krokiem od zamkniętego przez na 4 spusty samochodu ze mną w środku.


 Po kolejnych 10 minutach ekipa od simkart wraca. Z siatami. Panowie wybrali się na zakupy. Bywa.
Na 3 dniowy pobyt w Diani zatrzymujemy się u Jeremiego i żony Christine. Znają się od jakiegoś czasu, ale ślub odbył się 5 grudnia, dlatego mamy ze sobą zestaw do otwierania wina i śnieżnobiałą serwetę w prezencie ślubnym i obowiązkowo umawiam się z Christine na oglądanie zdjęć z uroczystości, która niestety nas ominęła. Dzieci Jeremiego z pierwszego małżeństwa witają nas radośnie, jak starych znajomych i są zawiedzione, że kolację zjedzą jednak bez nas.
Czas porozmawiać o nowych podopiecznych z Ukunda oraz szkołach przyjętych do projektu "Szkoły na Równi-ku". Jest ich 7. Odwiedzimy przynajmniej pięć oraz jedną szkołę dla pewnego rodzaju kontrastu. W kolejnych postach szczegóły.
A teraz przechodzimy do zupy rybnej, smażonej tilapii i gotowanej kukurydzy, Na deser mango, które tu smakuje zupełnie inaczej. Agnieszka