Drodzy Czytelnicy.
W marcu 2016 straciliśmy kontrolę nad blogiem. Po wielu miesiącach odzyskaliśmy dostęp do konta i wracamy do Was. Posty datowane między 03.3016 a 12.2017 to rekonstrukcja wydarzeń w tego okresu. Bieżące posty datowane są od 2018 roku.

Szukaj na tym blogu

piątek, 5 lutego 2016

środa, 13 stycznia (cz. 1) Kigera Etuma dzień I i Musoma

Awokado wielkości połowy tradycyjnego polskiego bochenka chleba patrzyło się na mnie wprost z talerza umieszczonego pośrodku sali śniadaniowej i kusiło świeżością, zapachem, kolorem skutecznie uniemożliwiając mi skupienie na modlitwie prowadzonej tym razem przez Chrisa studenta Makoko Swahili School, w której stacjonujemy.
Szybkimi ruchami widelca miażdżę soczysty, tłusty miąższ tego cudu natury wziętego wprost z ogrodu Księdza Edwarda, opiekuna szkoły. To, co jeszcze godzinę temu rosło na drzewie, zamienia się w  smakowitą pastę o wysokiej zawartości składników odżywczych, olejów i fitosteroli oraz innych potrzebnych mi do życia elementów. Z dodatkiem afrykańskiego miodu o brunatnej barwie, intensywnym zapachu i umiarkowanej słodkości realizuje w mojej buzi coś co z pewnością można by nazwać niebem w gębie. 

Biały, dwudziestoletni, japoński, czterodrzwiowy pickup, czeka dumnie zaparkowany na trawniku przed budynkiem. Ledwie uniesione nad horyzont słońce rozświetla przestrzeń i wyraźnie sugeruje, żeby ubrać się dziś tak lekko, na ile to możliwe. Worek z ubraniami nadającymi się już tylko do prania nie daje mi wielu możliwości, choć to nie jest w tych warunkach najważniejsze. Spakowani, uzbrojeni w ciekawość, opryskani nielegalnym w Polsce przeciwkomarowym repelentem o 90% zawartości DEET, ruszamy z wolna w kierunku oddalonego o jedyne 25km ośrodka Mji Wa Huruma, 


Town Of Mercy, czyli po naszemu Miasto Miłosierdzia, prowadzone przez siostrę Rut. Krótki przystanek przy sklepiku, by naprawić coś w telefonie Agnieszki, bo tutejsza sieć Airtel wymaga zmiany ustawień sieciowych, sprawia, że uśmiech na jej twarzy wraca na samą myśl o szybkim kontakcie z oddaloną o ponad 10 tys km rodziną. Specjalista nie chce żadnych pieniędzy za tę usługę, jednak nie udaje mu się przekonać nas do odstąpienia od tego pomysłu. 5OO szylingów sprawia, że i on się uśmiecha, bo pierwszy klient o poranku to dobra sprawa, a dziś przecież 13-tego, choć nie jest to piątek, a sam nie wiem na ile przesądni są mieszkańcy znad wschodniego brzegu największego jeziora w Afryce, Wiktorii. Napęd na cztery koła okazuje się nieprzydatny, a kręta, wyboista, szutrowa droga poprzecinana ciekami wodnymi po ostatnich ulewach ogranicza prędkość do około 40km/h.





Mijane wioski z domami z glinianych cegieł, kryte pordzewiałą blachą falistą bywają mniejsze niż kopce termitów wystające z ziemi niczym małe piramidy. Wobec siły natury człowiek wydaje się tu tylko marnym dodatkiem, wrażliwym na wszędobylskie choroby, uciekającym przed byle komarem. Krajobraz z rozrzuconymi kamieniami, monstrualnych rozmiarów okrągłymi otoczakami wygląda tak, jakby kiedyś było tu jakieś morze, którego poziom opadł, a wody wyczyściły z piachu i błota te wielkości średniego polskiego domku jednorodzinnego kamienie poukładane jakaś wielką siłą jeden na drugim w stosy, jak na tanich pocztówkach z plażą w tle. Tu jednak to wszystko sprawia wrażenie trudne do opisania, a wyrastające na brzegach drogi krzaki i trawy blokują dostęp naszym aparatom fotograficznym. Źrenice oczu i terabajty pamięci w naszych szarych, galaretowatych mózgach przyjmują kolejną porcję danych wartych zapamiętania. Horyzont zamyka się taflą jeziora wyłaniającego się co rusz kiedy nasz terenowy bolid kierowany przez drugiego szefa szkoły przejeżdża przez pagórki. Busz z wolna wchodzi na drogę, a dziury powiększają się do takich rozmiarów, że kilkukrotnie zatrzymujemy się, by ustalić którędy bezpiecznie przejechać. 

Komar wpuszczony przez otwarte drzwi dokonuje swojego żywota z mojej ręki, jako odwet za jego pobratymca, który dziabnął mnie jeszcze kiedy byłem w Diani Beach i raz jedyny nie użyłem obowiązkowego repelenta. Zatem remis i brak chęci z mojej strony do kontynuacji tego sportu.

Siatka wysoka na 2,5m zakończona potrójnym drutem kolczastym, chroniącym ośrodek siostry Rut przed dziką zwierzyną przywitał nas i wystraszył jednocześnie. Busz dookoła, zielone pustkowie, uśmiechnięta twarz siostry, która od kilku dni walczy z atakiem malarii, biorąc zastrzyki domieśniowe, jesteśmy na miejscu. Dwudziestokilogramowa torba z prezentami przywiezionymi od polskich darczyńców kończy tu swoją podróż na lini Poznań, Berlin, Istambuł, Dar Es Saalam, dalej pocztą autobusową do Musomy, Makoko i pickupem na miejsce. 

Witamy się ze spotkanymi po drodze do sali niepełnosprawnymi umysłowo mieszkańcami ośrodka. Widziana także w innych miejscach zardzewiała antena satelitarna o wymiarach 3x3 m wyrasta nagle na środku placu. Ponad 40 dzieci z klas 2, 3, 5 i 7 wita nas uśmiechami, wielkim napisem kredą na tablicy Wellcome ubranym w kwiatowy ornament. 

Wspólne śniadanie, łyk dostępnej tu w każdym sklepie Coca-coli, w szklanych butelkach o poj. 350 ml i naklejkami, które pamiętam jeszcze sprzed wielu lat, gdy ten napój był synonimem dobrobytu, zakazanym owocem smakującym, niczym nektar kapitalistycznych półbogów. 

Gromadka nauczycieli wita się z nami serdecznie, poznajemy dzieci, seria zdjęć z imiennymi tabliczkami ułatwi nam późniejszą obróbkę na ekranach komputerów. Dzieci prezentują program artystyczny składający się z kilku piosenek przygotowanych wspólnie z wychowawczyniami, które grają na bongosach. Stabilizator z moją kamerą wrzyna mi się swoimi 2kg w rękę, ale zaciskam zęby i nagrywam tzw. surówkę, czyli sekwencje filmowe, przerabiane później w programie iMovie. 
Temperatura podnosi się w południe, mój aparat kilkukrotnie się przegrzewa i samoczynnie wyłącza, udaję, że dalej nagrywam, żeby nie robić przykrości naszym wielkim małym artystom.




To chwila odpoczynku dla sprzętu, ale nie dla mnie osobiście. Dwa miesiące intensywnego treningu w sali ćwiczeń przed wyjazdem do Afryki przyniosło efekty. Szybkie przemeblowanie sali i błyśniecie prezentami wyjmowanymi z toreb i paczek powoduje dreszcz ekscytacji wśród dzieci, które zaglądają z wyraźnym zaciekawieniem. Każde dziecko otrzymało wyprawkę: mundurek, zeszyty, przybory szkolne i plecaki, które niestety długo nie wytrzymują Afrykańskiego klimatu. Najlepsi uczniowe są dodatkowo gratyfikowani użytecznymi drobiazgami.





Przychodzi kolej na część roboczą, czyli szybki pomiar wzrostu i długości stópek, żeby przygotować rozmiarówkę pod kolejne zakupy. Pomocną ręką służą panie nauczycielki podczas, gdy panowie siedzą rozparci w ławeczkach w przewiewnym miejscu.
To jedna z niewdzięcznych czynności, nie do końca mierzenie wzrostu i stóp jest tym, czym naprawdę jest program adopcja serca. Adopcja to stypendia szkolne - czesne, mundurki, obuwie, dożywianie i leczenie w miarę potrzeby. Mierzenie stóp ma dwie podstawy.
Po pierwsze - pytają o to rodzice adopcyjni. Bywają mocno zżyci z dziećmi i chcą wysłać paczkę  - coś dokładnie na daną stopę czy plecy (odzież). Choć my wiemy, że jeśli nie skorzysta to konkretne dziecko, to w kolejce czeka ich znacznie więcej.
Po drugie, dość prozaiczne. Mierzymy stopy by kupić im buty do szkoły. Dlaczego po prostu nie zapytamy o rozmiar? Trudno o to pytać kogoś, kto nigdy własnych butów nie posiadał i nie nosił..


Następnie wywiady osobiste z poszczególnymi dziećmi, które pomimo stresującej kamery chętnie przychodzą na swoją kolej i ustawiają się w kolejce jedno za drugim. To jak wyglądają rozmowy, gdy wypełniamy ich formularze - pojawi się w kwietniu w osobnym poście ;)
Kończymy o czasie. Dzieci dostają informację, że mogą iść już do domu jeśli chcą, ale zostają do końca, żegnają nas z radością w oczach, wdzięcznością, przybijają piątki, najmłodsze przytulają się do nas. Na zakończenie dla zachowania spokoju nie obyło się bez uruchomienia kompa- nic tak nie łączy i nie wycisza dzieci z dowolnego kraju jak bajka Tom & Jerry, która działała juz w Nakuru ;)
Marcin

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz