Szukaj na tym blogu

czwartek, 28 stycznia 2016

niedziela, 10 stycznia, Dom Dziecka w Nakuru - piknik

W dniu wczorajszym zapadła decyzja, o której dzieci dowiedziały się dopiero dziś rano. Jedziemy pod bramę parku narodowego Nakuru na piknik! Jedno dziecko cieszy się wyjątkowo z takiego wyjazdu, ale radość jaka bije od 10stki? Bezcenne.
W domu zostanie maleńka Esther i Rael - dla własnego bezpieczeństwa oraz będąca obecnie w szkole z internatem 14-letnia Jane. Ale może od początku.

Bezchmurne niebo i dużo słońca spadającego przez zakratowane okno obudziły mnie przed budzikiem nastawionym na godzinę 10tą. Proste śniadanie oparte o ryż i breję fasolową bez przypraw, które są tu dobrem luksusowym szybko stawia mnie na nogi. Poranna krzątanina opiekunek do dzieci i samych maluchów szykujących się do niedzielnej wycieczki, angażuje mnie na tyle, że kompletnie zapominam o spakowaniu się do wyjazdu i zamiast tego ubieram dzieciakom skarpetki nie do pary, ale wyraźnie nikomu to nie przeszkadza.

Z moich obliczeń wynika że przygotowaliśmy 10 dzieci na długo oczekiwany piknik. 10 letni Nissan Liberty kupiony okazyjnie przez Stephena, męża Reginy - głównodowodzącej w domu dziecka -połyka wszystkich w swoje trzy rzędy siedzeń. A niewielki bagażnik w całości zajmuje lodówka turystyczna zapakowana po brzegi.

I dziś w drodze wyjątku także obraz ruchomy, czyli o pakowaniu i w trasie!


Copyright: Fundacja Mają Przyszłość

Sprawnie przemieszczamy się przez dziurawe jak szwajcarski ser ulice Nakuru. Mijamy po drodze wszystkie rodzaje transportu rowery z siedzeniem dla pasażera na bagażniku, motocykle z zabudowanymi czachami czym się da i miejscem dla pasażera. Do tego dochodzą tuk-tuki, pojazdy z budką na trzech kołach tak małych, że kierowca musi omijać wspomniane dziury, żeby uniknąć pewnej wywrotki. Wiele z nich jest porysowanych, powgniatanych, inne malowane ręcznie z wymyślnymi logo z każdej strony. Bardziej wymagającym służą zwyczajne taksówki, głównie Toyoty sedan lub kombi, w wersjach niespotykanych w Polsce.

Na miejscu wypakowanie calej ferajny zajmuje chwile, Steve nagrywa wszystko kamerką, a ja wyciągam ze środka po kolei 11cioro dzieci, które zajmują miejsca na rozłożonych kocach, podarowanych przez przyjaciół Fundacji Mają Przyszłość, które przyjechały w mojej 20kg torbie spod samego Poznania.

Słonce w zenicie sprawia, że nie rzucamy cienia ani trochę, to fantastyczne uczucie, przyjdzie mi poźniej okupić opalenizną ramion na tzw. polską flagę. Krążące w okolicy gibony łase na każde jedzenie i ulubione banany, które z resztą zjadają ze skórką lub nawet samą skórką rzuconą w ich kierunku. Te przebiegłe zwierzęta są bardzo sprytne, szybkie i niebezpieczne, potrafią wyrwać dziecku cukierka z ręki, przebiec przez otwarte drzwi auta porywając reklamówkę z jedzeniem, sam widziałem jak porwały dziecku plecak z pleców i zawlokły go na drzewo.











Duże samce z potężnymi grzywami są szczególnie niebezpieczne , a każdorazowe zadrapanie pazurem lub pogryzienie kończy się długotrwałym leczeniem, możliwymi powikłaniami zdrowotnymi. Jednak zupełnie to nie odstrasza okolicznych od karmienia z ręki i siedzenia 1m od gibona. W pewnym momencie kilka sztuk przypuszcza atak na nasze pozycje na skraju parku tuż obok elektrycznego ogrodzenia, uruchamianego jednak tylko na porę nocną. Pojawia się duży samiec, rusza w moją stronę i przebiega pomiędzy zaparkowanym autem i dziećmi krzyczącymi z wrażenia, a po drodze chwyta leżącą w trawie skórkę banana. Natychmiast się zatrzymuje na konsumpcję, a ja w tym czasie robie mu portretówki z odległości 1m. Kolejne gibony przepędzam unosząc wysoko ramiona i robiąc groźną minę, działa. Podobno gibon atakuje tylko wtedy kiedy widzi strach i wycofywanie się. Przepędzany raczej nie ryzykuje konfrontacji. Nie mam pewności, czy nieuzbrojony choćby w kij człowiek byłby w stanie się obronić przed ważącym ok. 50kg dzikim zwierzęciem.




Co chwila podchodzą do nas sprzedawcy wszystkiego co potrafią unieść. Konsekwentnie odmawiamy, bo jakakolwiek rozmowa wzbudza nadzieje zakupu i powoduje przyklejenie się nas sprzedawcy na dobre 10min. Nagle Agnieszka zgłasza brak telefonu, szybkie przeszukanie okolicy nie daje efektu i zmusza mnie do pogadanek z lokalesami, którzy okazują się bardzo mili, małomówni i każdy wita się ze mną podając rękę jak z dawno nie widzianym kumplem. Oblatuje cały park, wracam z niczym, a zguba odnajduje się w aucie, którym właśnie przyjechał po nas Steve.

 Zaczynamy zwijać majdan, a grupka ciekawskich okrąża nasze auto. Odwrotna procedura zaparkowania 16 osób do Nissana Liberty okazuje się skuteczna, widowisko cieszy oczy zebranych i mnie samego. Odjeżdżając macham do poznanych ludzi.

Dzień kończymy kolacją i długimi rozmowami, Agnieszka i Regina uzupełniają dokumentacje, a my ze Stevem zabawiamy dzieci, które skaczą po nas jak na trampolinie.

Wieczorne pakowanie plecaka uświadamia mi brak jednego z ręczników, na szczęście zabrałem ze sobą kilka małych zamiast jednego dużego. Brak wody w kranie i postawiony baniak z zimną wodą, a obok drugi z bardzo gorącą zmieniają plany prysznicowe na procedurę mycia gałgankiem zrobionym z przywiezionej ze sobą tetrowej pieluszki. Polewam tetrę wodą, namaczam siebie, mydlę tetrę, ścieram skórę, płuczę etc. Ważne, żeby nie zaczynać od głowy, ale o tym wie każdy, kto próbował się umyć tym sposobem. Muminki porywają mnie do krainy snów ok. 22giej, bo jutro czeka nas całodniowa trasa z Nukuru do Musomy, 3 przesiadki, 4 busy. Chyba największy hardcore tego wyjazdu, bo na własna rękę będziemy musieli zmieniać kilka busów (matatu  / daladala) na kilku dworcach autobusowych + przekroczenie granicy z powrotem do Tanzanii. Marcin

Epilog.

Zdjęcie nie zawsze odda sytuację. Nie widać na fotografii chłopca, którego rodzona mama wybrała spośród dzieci do maltretowania i głodzenia, bo sama była bita przez męża, chłopczyk został jej odebrany po byciu katowanym prawie 1,5 roku.
Nie widać dwójki zagłodzonych dzieci znalezionych na śmietniku; nie widać dziewczynki porwanej we wczesnym  dzieciństwie, by żebrała na ulicach Nairobii, a która nauczyła się chodzić i mówić dopiero u Reginy i Steva.
Nie widać dwójki dzieci ze związków uznawanych tu za kazirodcze [dwie osoby teoretycznie niespokrewnione ze sobą zaczynały związek i dopiero po czasie i przedstawieniu wszystkim w rodzinie okazywało się że to kuzynostwo dość bliskie. W przypadku takich dzieci uznane to jest za zły omen dla rodziny i są zabijane - przyp. ] 
Nie widać na zdjęciu dramatu maluszka, który choć ma 7 lat wygląda na kilka miesięcy ponieważ jest dzieckiem wysoce niepełnosprawnym fizycznie, ale umysłowo rozumie, śmieje się i reaguje - niepełnosprawność w wyniku nieudanej aborcji matki. Mamą dziecka jest zgwałcona w szkole 14letnia dziewczynka, której własna mama chciała pomóc w ten sposób, by po gwałcie nie zostało jeszcze dziecko. 
Radość, zabawa, łąknienie uczuć, tęsknota za mamą na wyłączność. Większość dzieci powyżej - niepełnosprawnych - jest kontaktowa i doskonale wszystko rozumie. Komunikuje się, i tylko ciało jest uszkodzone. Są także dzieci zdrowe - jak maluchy chcące iść do przedszkola, np. siostry porzucone przez rodziców lub szkoły, jak dziewczynka, której rodzina związana jest ze światem przestępczym i jest tu chroniona.

Koszt adopcji przekracza przeciętny budżet jaki osoby chcą wydać. Dla Nakuru jest to opłata na każde z dzieci w wysokości 700 USD rocznie, ale w takich przypadkach prosimy o wyrażenie zgody na bycie współrodzicem. Możemy wtedy podzielić koszt na 2 osoby dla każdego dziecka, bo dla 1 to za duża suma rocznie na utrzymanie dzieci z szkole, przedszkolu + wyżywienie lub transport do szkoły czy przedszkola. 
Poważnie zainteresowany pomocą im? Napisz: adopcja@majaprzyszlosc.org.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz