Szukaj na tym blogu

piątek, 22 stycznia 2016

piątek, 8 stycznia (cz.2) dzieci z domu dziecka w Nakuru

Wczorajszej (czwartkowej ) nocy dotarliśmy do Nakuru, dziś byliśmy już u Lucy, o czym możecie przeczytać we wcześniejszym poście, a tymczasem nadal nie napisaliśmy jeszcze nic o tych, których spotkaliśmy w domu na przedmieściach miasteczka.

Gdy po kilkunastu godzinach podróży z Shadreckiem i Napendą (Josephem) dojechaliśmy tutaj, większość domowników juz spała. Powitały nas takie dwie panienki:


To Maria i Debora (DJ), jedne z najmłodszych mieszkanek domu.
Ponieważ czekały jeszcze na butelki z mlekiem, mieliśmy okazję przywitać się od razu. Pozostałe dzieci poznaliśmy dopiero dziś rano.
Nieznane twarzyczki, chichotanie z kąta; migały nam białe ząbki na uśmiechniętych buziach, duże radosne oczy, a każde z nich szukało kontaktu - wdrapania się na kolana, dotknięcia dłoni, pogłaskania po włosach, przytulenia. Nie zdążyliśmy wyjść za drzwi tego ranka, by pojechać z Lucy do jej nowej szkoły, a już mieliśmy do kogo wracać z radością, tego dnia.

Plany by poznać naszych młodych towarzyszy tego dnia okazały się jednak bardziej skomplikowane, bo pierwszeństwo maja jednak potrzeby wyższego rzędu. Kilka wspólnych godzin w Naivashy razem z Reginą i Stevem pokazało, jak dramatyczna jest sytuacja tego domu. Dlatego zanim wróciliśmy zrobiliśmy sobie przystanek w banku, gdzie opłaciliśmy na konto naukę Lucy z kolejnym semestrze oraz wyjęliśmy z banku gotówkę na jutrzejsze zakupy, bo w lodówce w domu dziecka znaleźliśmy rano głównie światło...

* Może od razu dopiszemy, że jednym z nielicznych działających dla nas bankomatów w Kenii była Barclays, a w Tanzanii CRDB. Natomiast lokalne banki dużo korzystniej obsługują lokalna ludność, czyli system działa praktycznie jak w każdym kraju.
Poniżej kilka lokalnych banków, gdyby ktoś planował założenie rachunku tam w ramach jakiegoś projektu.





Do wynajmowanego domu Reginy i Steva, który od kilku lat jest także domem kilkunastu dzieci, wróciliśmy dopiero wczesnym wieczorem. Idealnie na kolację, bo dzieci czekały z a nami, by wspólnie zjeść wieczorny posiłek.

Regina jest emerytowanym pracownikiem socjalnym, ma już dorosłe dzieci. Gdy zakończyła pracę zawodową, córki nie mogły pogodzić się z faktem, że mamam zmarnuje swój talent do pomagania ludziom i wspierając ja na każdym kroku pomogli jej spełnić marzenie życia - dom dziecka. Jakże inny od placówek, które znamy z opowieści, znajomych organizacji i naocznych oględzin ostatnich lata w różnych krajach Afryki.
W większość miejsc właściwym określeniem byłaby pewnie tzw. "ochronka" i skojarzenie z latami 40-stymi ma tu uzasadnienie. Nawet pisanie o tym miejscu sierociniec, jako miejsce gdzie są sieroty, nie do końca nam pasuje po 48h.
Dom dziecka. Dom. Gdzie używamy dwóch wyjątkowych słów: mama i tata. Takie podejście do nazywania miejsca domem, a Reginy i Steva  - mama i tatą, mają także dzieci. Świadczy o tym nawet laurka wisząca na malutkiej choince na stole, pozostałości po zakończonych 2 tygodnie temu Świętach:


Wszystko zaczęło się na dobre ponad 5 lat temu, gdy rodzina Reginy natknęła się na Project Abroad.
W ramach tego projektu w latach 2011 (od momentu powstania) do 2015 otrzymywali wsparcie kadrowe, a dzięki przysyłanym wolontariuszom i pracownikom, którzy sami opłacali taka formę wolontariatu placówka mogła się nadal utrzymać z darowizn od byłych wolontariuszy oraz pieniędzy z projektu za ich zatrudnianie.
Niestety jakiś czas temu główne biuro projektu przeniosło się z Nakuru do miejscowości oddalonej o kilkaset kilometrów i jednocześnie zakończono współprace na odległość. Regina i Steve zostali sami z dziećmi, mając do pomocy tylko byłych wolontariuszy, który zostawili tu swoje serca, a później także sporadycznie przesyłali nieduże środki finansowe oraz paczki z darami dla dzieci.

W chwili obecnej w domu przebywa 13 dzieci w wieku (na ten moment) od 8 miesięcy do 15 lat.
Taka gromadka jest wyzwaniem - szczególnie w porze posiłku, kąpieli, kładzenia spać. Ograniczona do minimum ilość miejsca nie pomaga - wynajmowany dom naprawdę pęka w szwach i widać to gołym okiem.
Dziś staraliśmy się pomóc.... a przynajmniej nie przeszkadzać :p

 




Jako goście nie chcieliśmy przyjeżdżać tutaj z pustymi rękami. Zapytaliśmy Reginę o najpilniejsze potrzeby (wiedzieliśmy wcześniej, że odzież czy buty dosyłają wolontariusze i przyjaciele), i tu zaskoczenie  - Regina przekazała nam sugestie, którymi mogliśmy sprostać dzięki Darczyńcom Fundacji! Były to przybory toaletowe dla dzieci - pasty i szczoteczki oraz.. piżamki!

Ponieważ Fundacja od dłuższego czasu prowadzi dwa projekty "Kocyki i piżamki dla Afryki" oraz "Czyste ręce" mogliśmy zakupić wszystko właśnie z zebranych w ten sposób środków. 
Tym bardziej doceniamy wszystkich, którzy dokonali wpłaty jednorazowej, a także tych, którzy działają z nami systemowo  i ustawili sobie niewielki miesięczny przelew na wybrany przez siebie cel, by regularnie pomagać naszym dzieciom. Dziękujemy!

A jak cieszy się dziecko jak słyszy, że przyniesiemy walizkę o dostanie od Was coś nowego?
O tak:

Następnie rozpoczęliśmy dopasowywanie piżamek do ich nowych właścicieli, a każde z nich mogło sobie dobrać szczoteczkę i pastę wg gustu. Posiadanie wyboru w tym zakresie było dla nich kompletna nowością. I dla nas była to ważna lekcja...



 Zwieńczenie wieczoru nie mniej udane - czas na relaks, rozmowy i przede wszystkim kreskówki. "Tom i Jerry" łączy wszystkich - bez względu na wiek i narodowość. I nie wiadomo dlaczego na bajkach zwykle lądują nie tylko dzieci, ale i panowie - Steve i Marcin także zajęli stosowne miejsca :)




A jak rozeszło się dookoła, że są nowości na laptopie to znaleźli się nawet sąsiedzi i znajomi ;)
Kolejny dzień przyniósł kolejne niespodzianki. Poznaliśmy historie dzieci....










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz